red-bull-plane

Przyśpieszamy…Tak. Tego właśnie chcemy – szybciej dotrzeć do mety. Zanim jednak zajmiemy się na tych łamach problemem treningu warto zastanowić się nad tym co nas spowalnia. I dlatego właśnie rozpoczynamy cykl kilku felietonów poświęconych problematyce pozbywania się zbędnego balastu oraz właściwego odżywiania.

Piotr Makowski

 

 

CZĘŚĆ PIERWSZA

Jak to ze mną było – czyli o odżywianiu słów kilka. Podróż od 90 do 73 kg i jeszcze trochę, bo cały czas jestem w drodze ;-)

Biorąc pod uwagę, że bikerzy to ludek dosyć ruchliwy problem nadwagi właściwie nie powinien ich dotyczyć. Nie żyjemy jednak w świecie idealnym i wśród nas jest całkiem sporo zawodników wagi cięższej… Sam należałem do tej właśnie kategorii. Teraz chociaż doskonale rozumiem jak do tego doszło to jednak nie przestaję się dziwić dlaczego tak długo ignorowałem fakty… Rozum ludzki potrafi robić przeróżne sztuczki. Bo przecież pomyślmy chwilkę. Ile bylibyśmy w stanie zapłacić aby mieć rower lżejszy o powiedzmy pięć kilogramów? Dwieście złotych może być? Pewnie nawet sporo więcej. A przecież komplet zawodnik – rower może być nierzadko lżejszy o dziesięć kilo plus jeszcze trochę w zasadzie bez żadnych dodatkowych kosztów… Jednak to drugie rozwiązanie tak trudno przebija się do naszej świadomości.

Warto będzie więc chyba uzmysłowić sobie kilka faktów, które szczęśliwie dostarcza nam fizyka do spółki z matematyką. Skupmy się w takim razie na wspomnianych pięciu kilogramach. To nie jest niby tak wiele. I rzeczywiście do czasu kiedy poruszamy się na trasach płaskich nie „ważą” one aż tak dużo. Na kilku kilometrowej trasie różnice w czasie wynoszą kilka/kilkanaście sekund. Dla jednych to dużo, dla innych mało. Pamiętajmy jednak, że i tak dosyć fatalnie owe kilogramy wpływają na ogólną wydolność organizmu.  Jeżeli jednak dołożymy do naszej trasy podjazdy tak lubiane przez nas podczas maratonów to sytuacja wygląda zupełnie inaczej. W takiej sytuacji różnice w czasie liczymy już w minutach. Oczywiście im podjazd bardziej stromy tym minut jest więcej. Na trasie całego maratonu może się ich pewnie nazbierać ze dwadzieścia. A jak to wpływa na miejsce w klasyfikacji generalnej? To już drodzy czytelnicy możecie sprawdzić sami zaglądając do swoich wyników - maratonów, w których braliście udział. I nie ma się co oszukiwać. Bez pozbycia się zbędnego obciążenia nie ma mowy aby czasy były znacząco lepsze. Są jeszcze co najmniej dwie sprawy, o których warto pamiętać w kontekście wagi. Łatwość pokonywania odcinków piaszczystych (jakże częstych na niektórych cyklach maratonów) i odporność opon/dętek na przebicia. To drugie zaś daje w konsekwencji bardzo użyteczną możliwość stosowania niższych ciśnień w kołach.

To co z tym jedzeniem? Można powiedzieć, że właściwe odżywianie się to sprawa prosta. Jednak biorąc pod uwagę jak wielu osobom sprawia to trudność, takie stwierdzenie wskazywałoby na pewną arogancję autora lub co jest może nawet gorsze – na głupotę. O ile bowiem sprawa jest dosyć łatwa pod względem technicznym (przynajmniej w większości przypadków) o tyle trudności pojawiają się w sferze nazwijmy to mentalnej. Ciężko jest powiedzieć sobie dosyć. Bo ileż to może być różnych wymówek? Mnóstwo. Sam stosowałem je wszystkie.

- Ej, no w końcu te trzy kilogramy to nie jest tak dużo…

- No dobra. Dziesięć kilogramów to u mnie w prawdzie oznacza nadwagę, ale jeszcze nie otyłość!

-No skądże znowu?! Jest OKI! Wciągnę brzuch i proszę jak ładnie wyglądam… Zupełnie jak kiedyś… Tylko mam trochę problem z wiązaniem butów… Ale w końcu te kilkanaście sekund na bezdechu wytrzymam. No i ciekawe, że dziewczyny jakoś nie bardzo zwracają na mnie uwagę… Ciekawe… Ale, ale. To na pewno kwestia wieku! Przecież ludzie z wiekiem troszkę nabierają ciała. No! A właśnie… I metabolizm z wiekiem maleje! Ha! A tak w ogóle to nikt mi nie powie, że białe jest białe a czarne jest czarne!

- A mi to się tak po ciąży zrobiło… To musi być genetyka! U nas to rodzinne.

-A ja mam piętnaście, dwadzieścia kilogramów za dużo! Już jest otyłość? O… No to trudno! Coś mi się przecież należy od życia! Prawda ?

mcdonalds-kid

Prawda, prawda… Tylko, że jest to ten trzeci rodzaj prawdy (w rozumieniu świętej pamięci ks. Tischnera)… Czyli g… prawda. Od życia to nam się generalnie nie należy nic. A mamy w większości przypadków to na co sami ciężko zapracujemy. Nie jest nam może z tym zbyt dobrze. Ale jeżeli zwalimy wszystko na czynniki zewnętrze to czujemy się już rozgrzeszeni i możemy spokojnie dołożyć sobie jeszcze jedną porcję, sięgnąć po czekoladę albo po jakiś owoc (no bo to przecież samo zdrowie).

Powiedzmy sobie szczerze. Jedzenie to ogromna przyjemność. Sam lubię słodycze, mięso, kiełbasę z grilla, kluski, ziemniaki, zawiesiste sosy. Lubię świeże pieczywo z masłem. Lubię pizzę, wino, piwo i ciasto ze śliwkami, które robi moja siostra. Jednak to, że lubię nie oznacza jeszcze, iż muszę wszystko na raz sprzątnąć ze stołu. Jedzenie to nie jest jedyna przyjemność w życiu! Warto chyba o tym pamiętać. Tak zupełnie ogólnie rzecz ujmując można rzec, że życie to nieustające zadanie z optymalizacji… Podstawowym i niemagazynowalnym zasobem jest czas. Czy chcemy go wykorzystać głownie na jedzenie i siedzenie na kanapie przed telewizorem lub komputerem? Czy niczego już więcej od życia nie pragniemy? A może warto wziąć to życie w swoje ręce i zacząć nim kierować? Zamiast bezrefleksyjnie reagować planujmy nawet małe kroczki w błahych sprawach. Udana realizacja maleńkich „projektów” daje dużo satysfakcji – poczucia, że możemy. To zaś sprawia, że jesteśmy zadowoleni z siebie i już nie musimy koniecznie częstować się czekoladą dla poprawy nastroju…

- To co? Już mi nic z takich rzeczy nie wolno zjeść???

- Ależ wolno! Wolno nam wszystko! Tylko nie wszystko przynosi nam korzyści… O tym jednak napiszę w następnym odcinku.

barry1small